niedziela, 6 marca 2011

Pamiętnik kartka nr 12


     Szedł człowiek ulicą, a ulica była inna niż zawsze. Ludzijak by więcej, na bazarach jak by bardziej kolorowo. Wiosna atakuje, cieszę sięz tego.

     Należy reprymendy udzielić własnym przyzwyczajeniom. Kiedypopełnia się czyn, który wprawia niby prosty krok w nawet nie sinusoidalnewariacje, wtedy trzeba dokonać analizy. Zwykło się było uważać, iż analizowaniewłasnych występków to rzecz po prostu niegodna czasu. Jednakże, kiedy pewnedylematy powracają jak kabiny paternosteru* fakty należy poddać ocenie. Poddaję.Wyników nie podam, to rzecz nazbyt osobista.

     Pierwszy raz w życiu nie udało mi się złapać stopa. Todziwne, nie wprawiło mnie to jednak w rozczarowanie. Z należytym spokojemprzyjąłem to zdarzenie, które zapamiętam. Począłem jednak rozmyślania nad tym,dlaczego Polacy coraz rzadziej chcą sobie pomagać nawzajem. Smutne wnioski.Smutne bo bardzo oczywiste.

     Wiele radości sprawiają mi moi bliscy znajomi. Mojechaotyczne myśli dojrzały światła, się naprawiło. A na klawiaturze zielonaplama farby. A czy ktoś wspominał, że domalowałem do towarzystwa żółtych kropek?

*paternoster

środa, 2 marca 2011

THE Sałatka


     Kiedy farba nie ima się pędzla, trudno tworzyć dzieło.Pewnie, prawdziwy artysta namalował by palcem, jednak i on zapewne odczuwałbylekki dyskomfort tworzenia. Ale jest jedna ogólna zasada, czym bardziejwprawiona ręka, czym bardziej obdarzona talentem, tym większe owoce wychodząspad takiego „warsztatu”. Można by się na początku zastanowić, czym jestsztuka. Definicje zostawmy jednostkom z innej bajki, bo nic gorszego niżnazywanie sztuki słowami nazbyt pospolitymi nie ma(ze względów na pierwszy rzutoka oczywistych – po co coś ograniczać, skoro nie należy). Dla mnie sztuka majedną rolę : oddziaływać na zmysły, być prowodyrem do popełniania przemyśleń. Oczywiście,co człowiek, to opinia, jednakże niemożnością jest, aby każdemu wszystkoodpowiadało, przynajmniej na ziemi.

     Ale wróćmy do owoców pracy człowieka utalentowanego. Jemusię farba pędzla trzyma. Jemu się wizję na obraz przenieść udaje. A ponad to,jemu wolno nieco więcej. W opinii powszedniej artysta może ubrać sięniestosownie i tym coś kreować, może popełniać wszelakiego rodzajuniestosowności, po to tylko, by to było kiedyś zjawiskiem stosownym, bądź wteraźniejszości wzbudzało ogólne zaciekawienie. Tutaj warto zanotować, że cobardziej budzące zdziwienie, niż akceptację, co bardziej intrygujące iparadoksalnie niestosowne aniżeli oczywiste jest po prostu lepsze.

     Po cóż taki długi wstęp, w sumie trochę na wyrost? Każdyjest czymś w rodzaju artysty. Nie mieszajmy pojęć, nie chodzi mi o cyrkowca,ulicznego grajka, czy tym podobnym atrakcjom. Każdy, niekoniecznie odgrywaswoje życie, o ile je tworzy. Stwierdzenia „człowiek jest marionetką” są miodległe. Bliżej mi do poglądu, że „człowiek jest aktorem…”. Pewnie, aktor ma doodegrania swoje przedstawienie. Jednakże, postać trzeba zbudować! Nie ma sięczemu poddawać, okazać się biernym, bo wtedy być może wpadniemy w tanieodzwierciedlenie dennych słów roli(które pewnie nie są wcale denne). Kiedy sięwymaluje pędzlem to, co w nas pływa, kiedy się do tego doda to co „od nas” do „roli”zaczyna być interesująco. Jest szansa stworzenia czegoś więcej niżby nam o tymmogła świadczyć przypisana rola. Każdy się chyba zgodzi(wykluczając maniakalneprzypadki, które się na nic nie zgadzają), że jednoskładnikowa sałatkaprzestaje być sałatką(jak by nie było). Można ją nazwać jakoś inaczej, sam niewiem, zbiorem elementów podobnych zbudowanych z tego samego tworzywa,zakładając, że pokroimy to w miarę podobnie, ale tutaj już ograniczam, czegorobić nie chcę. Wracając, nasza rola jest jedynie jednym ze składników. Nie nadarmo dostajemy miliony okazji, żeby sobie namieszać, jednak myślę, że nie manic gorszego nic próżne czekanie, aż sałatka, która sałatką zwana być nie może,nią się sama stanie. Może i za bardzo zobrazowana myśl, ale sałatki bardzolubię. Chodzi mi o to, iż jak by niebyło, aktorzy bywają artystami(tworzą i sączęścią sztuki) co odwołuje się stanowczo do wstępu. Pozdrawiam

poniedziałek, 28 lutego 2011

Co mi pestki dały


     W szklanym dzbanku na powierzchni pływają plasterki cytryny.Naczynie jest wysokie i wąskie. Na dnie, pośród mętnej substancji, leżą sobietrzy pestki. Nie będę się dzisiaj zastanawiał, jaka jest zależność międzyilością plasterków cytryny a ilością pestek, ciekawi mnie jednak potencjał tegozjawiska. Pozornie może się komuś wydawać, że kawałki soczystej cytryny są wtej mieszance najlepsze – mają swoją określoną tożsamość, są kwaśne, żółte, da sięje skonsumować… Ja bym się przyczepił pestek – w końcu z tego może być nowecytrynowe drzewko. Z tym, że one leżą sobie na dnie. Nie zmieszczę ręki wwąskim tunelu ze szkła. Łyżka również obwieszcza, że nieco zbyt krótka.

     Najpierw, po co ja w ogóle chcę te pestki? Bo widziałem jakz jednej niepozornej pestki wyrasta piękna roślina. Pozostaje dylemat, cóżuczynić…

     Wyobraźmy sobie nasze życie. Jest jak naczynie. Składa się znaszych cech, naszych pasji, celów, inspiracji, dosłownie ze wszystkiego, cojest jakąś częścią nas. Wyobraźmy sobie niezdobyte cele, niezbadane umiejętności.Czasami myślę, że one są jak te nieszczęsne pestki, których się dzisiaj takczepiam. Co ja bym zrobił, aby przybliżyć się do nich? Wziął bym zbyt krótką łyżkęi zaczął jak szalony mieszać. Wypływa na górę…

     W cokolwiek kto wierzy, niech się nie dziwi, że czasami sięwszystko miesza, wychodzi nie to co potrzeba, a może i nic w życiu niewychodzi. Czasami warto poczekać… Czasami warto poczekać na choćby jednąpestkę, na ten kolejny element budujący nas – ludzi.


     Pestek , jak na złość dwie sztuki, coś mi się załamało nakrawędzi. Może i lepiej. Pokora zawsze się przyda, bo gdy czekamy wieluniespodzianek, może jedną dostać dostaniemy. Kto to wie…